Do San Francisco przyjechałam w połowie sierpnia, aby odbyć dwu miesięczny staż w jednej o pozarządowych organizacji działających w Kalifornii. Progressive Jewish Alliance, tak nazywała się organizacja, dla której miałam pracować do końca wakacji. Początkowo bałam się, że moja praca będzie ocierała się tylko o problemy społeczności żydowskiej. Jednak szybko okazało się, że owszem PJA to organizacja założona przez Żydów, zatrudniająca ich i skupiająca społeczność żydowską jako swoich członków, ale zajmująca się problemami całego społeczeństwa bez względu na wyznanie, pochodzenie itp. Głównym obszarem zainteresowania mojej organizacji była szeroko pojęta „sprawiedliwość społeczna” (social justice). Sprawiedliwość społeczna brzmi dość niezgrabnie w języku polskim, niemniej jednak inaczej, lepiej nie udaje mi się przetłumaczyć tego amerykańskiego sformułowania. Poza tym, określenie to oddaje idealnie zakres działalności tej pozarządowej organizacji.
Pod hasłem sprawiedliwości społecznej w kontekście mojej pracy w PJA należy rozumieć:
1. kampanię skierowaną przeciwko pracodawcom eksploatującym pracowników, najczęściej nielegalnych, tzw. anti-sweatshop campaign;
2. promowanie tolerancji seksualnej przejawiające się głównie w kampanii na rzecz małżeństw homoseksualnych;
3. walkę o zniesienie kary śmierci w Kalifornii.
W dalszej części skupię się na tym pierwszym punkcie, gdyż to praca w kampanii w obronie praw pracowników stanowiła gros moich obowiązków. O tzw. sweatshopach, czyli amerykańskiemu określeniu zakładów odzieżowych, gdzie wykorzystuje się tanią siłę roboczą słyszałam wcześniej, jednak dopiero praca w tym amerykańskim ngo (non-govermental organisation) uświadomiła mi podłoże tego procederu oraz sposoby jego zwalczania.
Początkowo zajmowałam się tzw. research: szukałam informacji na temat „sweatshop’ów”, Samo hasło brzmiało dla mnie enigmatycznie, ale wpisane w wyszukiwarkę internetową podawało całą listę stron www na ten temat. Ja szukałam stron internetowych, które oferują ubrania oraz inne produkty, które zostały wytworzone bez eksploatacji pracowników. Jak się okazało możliwości ubrania się etycznie w USA są niesamowite. Świadczyło to też o tym, jak palący jest problem wykorzystywania pracowników fabryk odzieżowych. Moja organizacja przygotowywała pokaz mody etycznej, dlatego potrzebowaliśmy kontaktów do dostawców ubrań pochodzących z produkcji fair trade. Sami również zaprojektowaliśmy koszulki, tzw. sweat-free, które swoim napisem deklarowały sprzeciw praktykom wykorzystywania ponad siły imigranckiej siły roboczej. Ponadto dysponowaliśmy też specjalnymi jarmułkami, wyprodukowanymi przez kolektyw kobiet w Gwatemali, również z poszanowaniem zasad fair trade oraz praw pracowników.
PJA działała w ścisłej współpracy z innymi organizacjami lokalnymi, zajmującymi się podobnymi problemami społecznymi. Jedną z organizacji, która była bardzo aktywna w sprawie ochrony praw pracowniczych nielegalnych imigrantów w USA była EAST BAY Alliance for Sustaianble Economy (EBASE). Należy także dodać, że Kalifornia z racji swojej bliskości z Meksykiem jest zalewana masową nielegalną imigracją tak z Meksyku, jak i z innych krajów Ameryki Środkowej. Problem wykorzystywania tych ludzi istniał tam od bardzo dawna. Z czasem zaczęły powstawać organizacje, walczące o należne im prawa. Instytucje te były inicjatywą samych Amerykanów, którzy nie zgadzali się z polityką morderczego kapitalizmu, nastawionego na zysk za wszelką cenę. To właśnie Amerykańscy obywatele wypowiedzieli się w obronie Jose czy Iris, swoich latynoskich sąsiadów, znajomych ze sklepu. Sami zainteresowani nie śmieliby się upomnieć o swoje prawa, bojąc się zwolnienia z pracy, deportacji, będąc świecie przekonanym, że nie przysługują im żadne prawa, w kraju, do którego przybyli, i w którym żyją nielegalnie.
Pewnego dnia, zaraz do przyjściu do pracy, moja szefowa Rachel zapowiedziała, że otrzymała wiadomość od EBASE o organizowanej manifestacji. Szybko zebrałyśmy nasze banery i samochodem (z silnikiem przyjaznym dla środowiska) pognałyśmy do pobliskiego Emeryville (miasteczko w pobliżu San Francisco).
Gdy dotarłyśmy na miejsce, było już popołudnie. Grupa ludzi z banerami oraz opaskami na ramionach, skandująca hasła w dwóch językach angielskim i hiszpańskim maszerowała przed budynkiem Rady Miasta Emeryville. „Si se puede!”, co można przetłumaczyć z hiszpańskiego: „Każdy może, ma siłę”, daje się usłyszeć bardzo wyraźnie z megafonu trzymanego przez czarnoskórego mężczyznę, który, jak się później dowiaduję, jest ofiarą wyzysku pracodawcy. „Dziś ma miejsce ważne przesłuchanie przed Radą Miasta i być może sprawiedliwość spotka tego, który próbował dorobić się naszym kosztem”, tłumaczy 50 letnia kobieta latynoskiego pochodzenia. Do tłumu dołączają nowi uczestnicy. Nie tylko pokrzywdzeni pracownicy, nie tylko imigranci, ale przedstawiciele wielu ruchów na rzecz przestrzegania praw pracowników w amerykańskich firmach. Zebrali się by wspólnie walczyć. Jest tu wielu Amerykanów, którzy domagają się szacunku dla swych sąsiadów, sprzedawców w sklepach, kolegów imigrantów, których celem jest doprowadzenie do sytuacji, kiedy pracodawca wykorzystujący tanią siłę imigrancką ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Atmosfera tego wydarzenia jest podniosła. Ludzie, choć wyrzuceni na bruk nie stracili nadziei, są tu i walczą. Są razem, mają wsparcie i nie poddadzą się dopóki ostatni
sweatshop istnieje.
Rząd Stanów Zjednoczonych już od dawna walczy, nieskutecznie, z praktyką zakładów pracy wykorzystującym pracowników. Federalny Wydział Pracy (The Federal Departament of Labor) wydał już ponad 180 regulacji związanych ze standardami pracy w USA. Wiele z tych przepisów posiada tzw. dziury prawne, dlatego też łamanie praw pracowników cały czas uchodzi na sucho pracodawcom. Również na poziomie stanowym i lokalnym powstają nowe regulacje i inicjatywy. Bardzo aktywnym aktorem na tej scenie są uniwersytety, które podpisały tzw.
Codes of conduct. W ten sposób zapewniają, że odzież firmowana znakiem danego uniwersytetu nie została wyprodukowana w jednej ze „wykorzystujących” fabryk. Merowie miast wydają
anti-sweatshops rozporządzenia (
Anti-sweatshops procurement ordinances). Miedzy innymi San Francisco dba o to, aby państwowe środki nie były przeznaczane na kupno uniformów dla strażaków i policjantów, które wyprodukowano, eksploatując nielegalnych imigrantów.
Kapitał amerykański przoduje w wyzysku tzw. nieudokumentowanych pracowników. Niemniej jednak te nielegalne praktyki korporacji nie pozostają w cieniu. Już jakiś czas temu ujrzały światło dzienne i wzbudziły oburzenie amerykańskiej opinii publicznej. Rząd federalny i władze lokalne oraz zorganizowane społeczności religijne i lokalne rozpoczęły kampanię, którą nazwaną „anty-sweatshopową”.
Rząd ponadto zawiązał Konsorcjum złożone z przedstawicieli państwa oraz władz lokalnych działające przeciwko nieludzkiemu traktowaniu imigrantów w pracy. Zadaniem tego ciała jest badanie warunków panujących w dużych korporacjach, szczególnie tam, gdzie produkuje się odzież. Według Konsorcjum pracownicy powinni być traktowani z szacunkiem i ich prawa powinny być w pełni respektowane przez pracodawców. Ponadto, każdemu zatrudnionemu przysługuje prawo do swobodnego zrzeszania się oraz odpowiedniego wynagrodzenia za wykonaną pracę. Inicjatorzy mają wiele do zrobienia, bo skandaliczne wykorzystywanie pracowników w amerykańskich korporacjach nie jest wyjątkiem, ale stało się normą. Globalna gospodarka jest na nim zbudowana, bazuje na tym, dzięki nim się rozwija. Z drugiej strony, kto inny jak nie Ameryka - gigantyczny konsument - jej rząd oraz władze lokalne mogą rozwinąć etyczny biznes i wymagać od pracodawców odpowiednich warunków pracy oraz przestrzegania praw pracowników.
Konsorcjum stara się być etycznie odpowiedzialne poprzez własną politykę związaną z publicznymi zamówieniami. Wymaga od wykonawców publicznych kontraktów napisanych w taki sposób, aby ci przestrzegali standardów ustalonych przez Amerykański Departament Pracy. W ten sposób rząd jest pewien, że publiczne środki nie finansują żadnej firmy czy fabryki, która osiąga profity wykorzystując własnych pracowników.
Tyle ze strony rządu, ale trzeba pamiętać, że w Stanach społeczności lokalne są także bardzo aktywne oraz mają reputację bardzo efektywnych narzędzi polityki, przynajmniej tej na szczeblu lokalnym. I tak grupy lokalne, wspólnoty religijne, zrzeszenia pracowników zebrały się i stworzyły ruch na rzecz tzw.
living wage - płacy, która nie jest płacą minimalną, ale ekwiwalentem sumy, za którą rodzina złożona z 4 członków jest w stanie przeżyć. Mówimy tu o sumie około 9.06 $ za godzinę, ale jej wartość waha się od 6.25 do 13 $ w zależności od różnych warunków lokalnych. Nowe kampanie inicjowane przez ten ruch nalegają na dalsze podniesienie tej stawki. Jak dotąd udało im się narzucić
living wages w 122 lokalnych rozporządzeniach. Na dzień dzisiejszy w miastach, stanach, na uniwersytetach w całych USA lansowanych jest 75 akcji na rzecz ustalenia
living wage.

Celem tych kampanii jest uchwalenie rozporządzeń na poziomie lokalnym, które wymagałyby od prywatnych biznesmenów, którzy korzystają z publicznych pieniędzy płacenia swoim pracownikom tej właśnie
living wage. „Pieniądze podatników nie powinny opłacać wynagrodzeń, które są poniżej poziomu ubóstwa. Kiedy pracodawcy wspierani źródłami publicznymi nie płacą odpowiednio swoi pracownikom, resztę dopłacają podatnicy, między innymi poprzez fundowanie tzw.
foodstamps (bonów na jedzenie) - czyli koniec końców podwójnie finansują ten biznes” - przyznaje jeden z działaczy ruchu.
Jak się dowiedziałam w trakcie pracy w USA, problem zakładów wykorzystujących pracowników ma przynajmniej dwie płaszczyzny: rozwija się nie tylko na poziome prawa pracy, ale dotyka też prawa imigracyjnego. Jak pisałam wyżej, na ogół ofiary tych technik to nielegalni pracownicy, głównie przybywający z Ameryki Środkowej, nie znający języka lub posługujący się zaledwie podstawami angielskiego, ponadto wielokrotnie niewykwalifikowani. Są łatwym łupem dla pracodawców, którym zależy na szybkim zysku poniesionym małym kosztem. I tak oto Latynosi, głownie kobiety znajdują zatrudnienie w przemyśle odzieżowym. Nikt nie pyta ich o numer social security (identyfikator, oznacza pozwolenie na pracę) ani o stawkę, którą chciałyby zarabiać- to byłby luksus. W zamian oferuje im się 12 godzin pracy, w ciągu których mają uszyć przynajmniej tysiąc koszul. Kobiety pracują bez przerw na posiłek, spożycie wody jest ograniczane, łazienki zamknięte, żeby pracownice nie traciły cennego czasu. Zatrudnieni nie podnoszą głosu sprzeciwu, nie ma miejsca na narzekanie i domaganie się swoich praw. Są przecież tutaj nielegalnie. Ciężka praca w USA jest lepsza niż cokolwiek, a raczej nic w ich własnym kraju. Z poczucia winy czy też nieświadomości nie sprzeciwiają się pracodawcy. Ten zawsze odpowie: „Siedź cicho, bo cię zwolnię. Dałem ci pracę, choć jesteś tu nielegalnie, kto wie czy drugi raz będziesz miał/a takie szczęście”. Wiec ludzie siedzą cicho.
Pracodawcy świadomie używają argumentu nielegalności, aby wymusić na nielegalnych przybyszach posłuszeństwo. Co nie do końca jest zgodne z amerykańskim prawem. Każdy pracownik w USA ma swoje prawa, które powinny być przestrzegane niezależnie czy ma on pozwolenie na pracę, czy też nie. Podkreślę raz jeszcze: amerykańskie prawo chroni każdego pracownika!
Jednak nielegalni pracownicy byli i są szantażowani spotkaniem w urzędnikiem imigracyjnym, co także nie jest zgodne z prawem. Departament Pracy i Departament Bezpieczeństwa (Department of Homeland Security, który zajmuje się imigracją) to dwie oddzielne jednostki, które nie powinny wchodzić sobie w paradę. Rzeczywistość jest, jak można się tego spodziewać, inna.
Od ponad dwudziestu lat Departament Pracy bada zgodność numerów identyfikacyjnych pracowników (
Social Security Number) i nazwisk, którym są one przypisane. Wielokrotnie pojawiają się tu niezgodności. Pracodawca, który zatrudnia osobę, której SSN jest błędny lub według informacji rządu przypisany jest innemu nazwisku, otrzymuje list z informacją o danej rozbieżności. Jak dotąd tego typu korespondencje były ignorowane przez pracodawców, a i sam Departament Pracy nie nakładał na adresatów żadnych sankcji. To zmieniło się w 2007 roku wraz z nowym przepisem mówiącym, że do ww. listów będzie dołączona specjalna informacja z Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego (inaczej mówiąc biura ds. imigracji). Informacja ta to raczej nowy, surowy wymóg nałożony na pracodawcę i zobowiązujący go do wyjaśnienia wskazanej przez rząd niezgodności w ciągu 90 dni. Jeśli delikwent nie wywiąże się z obowiązku, może spotkać go kara pieniężna lub zarzut świadomego zatrudnienia nielegalnego pracownika, z czego będzie tłumaczył się przez sądem. Nowe regulacje wzburzyły falę protestów wśród działaczy związków zawodowych w USA, co doprowadziło legislatorów oraz pracowników przed sąd. Związki uważają, że nowe przepisy naruszają prawa pracowników i to oni powinni być adresatami listów, a nie pracodawcy. Nowe zasady będą prowadzić do masowych zwolnień pracowników, często bez uprzedniej próby wyjaśnienia źródła niezgodności. Działacze powołują się też na argument 1.8 mln pracowników pochodzenia amerykańskiego, których SSN nie są zgodne. Ponadto według działaczy związkowych regulacje nakładają niepotrzebne obowiązki na pracodawców. Prawo pracy nie powinno być wykorzystywane do walki z nielegalną imigracją. Na to strona rządowa odpowiada, że związkowcy celowo utrudniają prace Departamentu Bezpieczeństwa zmierzające do zapewnienia przestrzegania prawa imigracyjnego. Przedstawiciel rządu zapewnia, że ich argumenty ostatecznie przeważą i decyzja sądu będzie pozytywna dla tych, którzy walczą z nielegalna imigracją.
Tymczasem sędzia federalny przejściowo zawiesił wykonanie rozporządzenia o wysłaniu listów ze specjalną antyimigracyjną adnotacją. Proces wciąż trwa, obie strony są nieugięte w swoich dążeniach. I w tej sprawie manifestowałam wraz z innymi działaczami przed Biurem Departamentu Pracy.
Zakłady „wykorzystujące” i związany z nimi wyzysk pracownika przez pracodawcę istniały od zawsze. Jednak dopiero od niedawna zaczęły budzić zgorszenie opinii publicznej. Nielegalne praktyki wyszły wreszcie na jaw, wyszły z cienia. Choć z drugiej strony, być może nigdy nie były tak naprawdę tuszowane. Teraz są rozpoznane, zidentyfikowane. Dziś je widzą konsumenci amerykańscy i ich świadomość, wiedza o praktykach stosowanych w niektórych korporacjach jest większa.
Rośnie krytyka, a z niej rodzi się czynny sprzeciw. Mamy do czynienia z bojkotem produktów danych marek przez świadomych, społecznie odpowiedzialnych kupujących w USA.
Na największe uznanie zasługują jednak autorzy i działacze ruchu „anty-sweatshopowego”- zrzeszeni i walczący. Wykorzystywani dotąd pracownicy ujrzeli swoja siłę, porzucili fartuchy i organizują kampanię przeciwko swoim pracodawcom, ale nie tylko, bo walczą o sprawiedliwość i szacunek.
Ameryka przestałaby funkcjonować bez swych nielegalnych pracowników. W dużej mierze, dzięki ich pracy USA stały się potęgą gospodarczą. Bez podstawy, którą stanowią robotnicy z zagranicy gospodarka USA posypałaby się jak domek z kart. Właściciele korporacji muszą wreszcie zrozumieć, że zamiast wyzyskiwać trzeba szanować pracowników Meksyku, Gwatemali etc. Szanować, a ostatnio wręcz bać się ich wzrastającej siły.
Imigranci już przestali się obawiać swoich demonów, wychodzą na ulice, organizują się, pozywają do sądu firmy, hotele. Mają ze sobą wsparcie wspólnot lokalnych i religijnych, a nawet rządowe konsorcjum działające w ich interesie. Bez wątpienia są wyłaniającą się siłą. Chcą sprawiedliwości - wypłacenia im zaległej płacy, walczą o zagwarantowanie odpowiednich warunkowo pracy, chcą odzyskać respekt, który im się należy. Co jeśli o ich status imigracyjny? Czy rząd chcący wykorzystać informacje Departamentu Pracy ich onieśmieli, odstraszy? Nic na to na razie nie wskazuje. Oni są nieugięci i głośno mówią: nie mieszajcie dwóch odrębnych kwestii, nasze prawa pracownika powinny być przestrzegane. Po drugiej stronie barykady stoi strona rządowa, która tez nie pójdzie na ustępstwa, bo nie może dłużej tolerować łamania prawa imigracyjnego.
Sąd tymczasowo odroczył decyzję o rozsyłaniu listów z informacją o niezgodności w dokumentach pracowników. Ale będzie musiał ją niebawem podjąć i uzasadnić. Bez wątpienia będzie to ważne orzeczenie. Pytanie tylko, czy zapewni przestrzeganie praw nielegalnych pracowników, czy może skupi się na skuteczniejszej polityce antyimigracyjnej.